Wpisy

Planszówki w kuchni – kuchnia w planszówkach cz.2

Dziś miałam okazję po raz kolejny przeprowadzić wywiad ze znaną już w Opolu blogerką kulinarną. Trzy jej przepisy znalazły się w książce „Z miłości do jedzenia. Najlepsze przepisy polskich blogerów”. Książka ta jest efektem ubiegłorocznej edycji konkursu na Kulinarny Blog Roku. W trakcie rozmowy, którą nagrywałam do godzinnego programu, zauważyłam jak wiele nas łączy.

Ktoś powie: planszówki i gotowanie to dwie różne pasje. W poprzednim wpisie był już mały drogowskaz wskazujący wspólną drogę. Pierwsze podobieństwo to narzekania rodziny na poddawanie jej ciągłym testom. Nie wiem tylko, kto ma większą przyjemność z testowania: rodzina blogera kulinarnego, która zjada czasami trzy obiady dziennie, czy rodzina blogera planszówkowego, której dostarczam kilka rozrywek intelektualnie dziennie?

Kolejne podobieństwo to ciągła obecność aparatu. Chyba w przypadku blogów kulinarnych odgrywa on jeszcze większą rolę. Czasami dobre zdjęcie wystarczy, by nabrać ochoty na daną potrawę. Oczywiście z grami jest podobnie. Nieraz wystarczy kilka zdjęć, by gra znalazła się na naszej wishliście. Zdjęcia to ważny element recenzji. Nie zliczę, ile razy przed grą lub w trakcie prosiłam o przerwę i sięgałam po aparat. Okazało się, że te same problemy ma bloger kulinarny. Na szczęście w przypadku gier, nie ma ryzyka wystygnięcia głównej potrawy.

Od razu nasuwa mi się kolejne podobieństwo. Nie powinno się oceniać książki po okładce…tfuu…gry po pudełku…ewentualnie dania po wyglądzie. Prawda znana od lat, jednak ilu z nas zostało „odrzuconych” od gry ze względu na wygląd? Ile razy byliśmy tak zauroczeni grafiką, że tylko dla niej kupiliśmy grę? Tak samo jest z potrawami. Ile razy skusiłam się na przykład na deser, bo tak ładnie wyglądał na zdjęciu, a potem zostawiałam połowę na talerzu?

Trzeba też przejść do tematu finansów. Bloger kulinarny lubi eksperymentować. Poszukuje różnych smaków. Sięga po egzotyczne składniki. Nierzadko są to rzeczy, za które trzeba trochę zapłacić. Podobnie jest z planszówkami. Gdy wciągniemy się w tę pasję, cały czas chcemy poznawać nowe tytuły. Jeżeli mamy szczęście i w naszym mieście są kluby planszówkowe lub wypożyczalnie, wtedy można poznawać nowe gry bez większych nakładów finansowych. Niestety jeżeli w okolicy nie ma takiej możliwości, a grono znajomych albo nie gra, albo nie inwestuje w planszówki, wtedy sami musimy pokryć koszty naszego hobby. O ile w przypadku gier, będą nam służyć przez dłuższy czas (a jeżeli nie, to możemy je upłynnić na aukcjach, czy na forum), to w przypadku pasji kulinarnej, poczynione nakłady finansowe są po prostu … zjadane.

Kolejna wspólna cecha to kolekcjonowanie. Ktoś zapyta: co można kolekcjonować interesując się gotowaniem? Otóż bardzo dużo: przede wszystkim książki kucharskie i przepisy, które są zapisywane w różnych notesach itp. Następnie akcesoria do gotowania: miski, miseczki, drylownice, wykrawacze, młynki, pojemniki itd. itp. Podobnie jest z grami. Nie tylko kolekcjonujemy pudełka, ale też woreczki strunowe i materiałowe, folie na karty itd. itp.

Na koniec warto wspomnieć o aspekcie społecznym. Zarówno dzięki planszówkom, jak i dzięki gotowaniu, mamy powody do spotkań z rodziną i ze znajomymi. Możemy im albo zaprezentować nowe danie, albo nową grę, a jeszcze lepiej, gdy uda się to połączyć.

PS. Przede mną kolejne kulinarno-planszówkowe spotkanie. Już układam menu. Na pierwszym miejscu są oczywiście gry planszowe. Po raz kolejny na pewno powrócimy do Małego księcia. Jak już ostatnio pisałam, ta gra ma w sobie to Coś, że tak dobrze się przy niej bawimy. Jak do tej pory nie kończyło się na jednej partii. Będą też Piraci. Karaibska flota. Chcemy jeszcze raz wcielić się w ich role i kompletować naszą załogę oraz zdobywać dukaty. Nie zabraknie też nowej gry od Reinera Knizii Bzzz..PLASK. Jestem ciekawa reakcji znajomych, którzy znają już Packę na muchy, a porównanie z tą grą samo się nasuwa. Mam nadzieję, że uda nam się też zagrać w Fincę. Ostatnio często gości na naszym stole. Z pewnością za sprawą ładnego wykonania, sporej ilości drewnianych owoców oraz prostych zasad. Trzeba też odrobinę pokombinować. Rozgrywka bardzo szybko mija, a apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Zdjęcie: www.demotywatory.pl

Co do Peru?

Co do Peru?

W pierwszym wpisie na blogu pisałam o prośbie znajomego misjonarza z Peru, który poznał tam grę Osadnicy z Catanu. Gra już doszła i została też przekazana. Okazało się, że tytuł ten w Peru promują Polacy, a dokładnie misjonarze. Zachęcają do gry też Peruwiańczyków. Dla nich to wielkie przeżycie, bardzo angażują sie w rozgrywkę i  „przeżywają” sukcesy i porażki. Może dlatego, ze nowoczesne planszówki nie są tam aż tak popularne?

Znajomy chce zabrać ze sobą jeszcze jakieś inne tytuły, w które mógłby grać przez kolejny rok. Muszą spełnić kilka warunków: przede wszystkim waga i rozmiar. Podróż trwa bowiem 15 godzin z przesiadką w Paryżu. Osadnicy z Catanu to pierwsza nowoczesna planszówka mojego znajomego i grali w nią sporo w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Nowy tytuł ma więc poziomem trudności, jak i zasadami przypominać Osadników. Do gry czasami zapraszani są też Peruwiańczycy, dlatego nowa planszówka powinna też być niezależna językowo.

Od razu pomyślałam o Fince, w której wcielamy się w role rolników z Majorki. Naszym zadaniem jest zebranie jak największej ilości rosnących na wyspie owoców i dostarczenie ich do gmin. Gra ma bardzo proste zasady, jest jednak małe „ale”. Wszystkie owoce są drewniane, co zwiększa jej wagę. Podobnie jest w przypadku gry Stone Age. Świetny tytuł po Osadnikach, ale duża ilość elementów, głównie drewnianych, dyskwalifikują ją.

Potem pomyślałam o Hawanie. Spełnia warunek rozmiarowy: to przecież tylko woreczek z materiału, płytki budynków, karty akcji, karty pomocy gracza, robotnicy, monety i drewniane małe kosteczki. Obawiam się jednak, ze przeszkodą mogą być napisy na kartach graczy. Wprawdzie wraz z częstszym graniem zapamiętuje się poszczególne funkcje, jednak domyślam się, że rozgrywka z Peruwiańczykami jest okazjonalna i polskie napisy mogą jednak być utrudnieniem.

Pomyślałam też: a dlaczego nie Kolejka? Wprawdzie Peruwiańczykom kontekst historyczny jest całkowicie nieznany, to jednak nie przeszkadza to w rozgrywce. Niestety na kartach są napisy. Rekompensuje to zestaw naklejek na karty w kilku językach. Brakuje jednak hiszpańskiego. Nie wiem, jak wygląda sprawa znajomości angielskiego w Peru. Gdyby nie stanowiło to problemu, myślę, że Kolejka mogłaby być dobrym pomysłem. Tym bardziej, że dla Polaków to gra „sentymentalna”.

Przypomniał mi się też, dawno już u nas nie rozgrywany tytuł: Na Grunwald. Proste zasady, w dodatku gra nie waży aż tak wiele, w ostateczności można ją zabrać bez pudełka. Napisy na kartach wydarzeń, może tłumaczyć jeden z grających Polaków. Temat też odpowiedni dla mężczyzn, czyli przygotowania do wojny z Zakonem krzyżackim.

Mała rozmiarowo, choć nie do końca wagowo, jest gra Rattus. Szkoda, że nie jest za bardzo doceniana na polskim rynku. Ma na tyle proste zasady, że radzi sobie z nimi nawet moja początkująca mama. W dodatku nie ma napisów, a jak się znudzi, można kupić dodatek, z kolejnymi postaciami. Temat też jest niebanalny: walka z „czarną śmiercią”.

Na koniec wpadł mi do głowy pomysł: skoro normalna wersja Osadników spodobała się, to może gra kościana? Już kiedyś wspominałam o niej temu znajomemu i wyraził spore zainteresowanie. W dodatku ma idealne rozmiary, nie ma napisów w języku polskim i można w nią zagrać w ok. 15 minut. Cena też jest fantastyczna, bo ok. 20 zł.

Powoli zbieram te propozycje i przygotowuję zestawienie. Mam czas do środy, potem trzeba szybko złożyć zamówienie. Jeżeli macie inne pomysły spełniające powyższe warunki, czekam na Wasze przykłady gier.