Kolejne gry na radarze

Jaki poniedziałek – taki podobno cały tydzień. Mam nadzieję, że to przekłada się też na sferę gier. Spędziliśmy bowiem poniedziałek w bardzo miłym towarzystwie znajomych oraz gier planszowych. Tym razem nikt z nas nie grał wcześniej w proponowane tytuły – szanse były więc wyrównane.

Zagraliśmy tylko w dwie gry, musieliśmy bowiem wrócić do Opola, ale były to bardzo owocne rozgrywki. Zaczęło się od Survive: Escape from Atlantis! Tytuł ten ma długą historię. Pierwsza edycja pojawiła się w USA i w Kanadzie w 1982 roku. Cztery lata później wydano ją w Europie, z odrobinę zmienionymi zasadami, pod Escape from Atlantis. Dzięki Stronghold Games Survive doczekało się w 2011 roku kolejnej edycji. Byłam bardzo ciekawa tego wydania, ponieważ w swojej kolekcji posiadam wersję z 1986 roku.

To co się od razu rzuca w oczy, to zmiana szaty graficznej oraz elementów. W wersji z lat 80-tych wyspę tworzą plastikowe trójwymiarowe elementy. W grze występują też delfiny, ośmiornice, delfiny, kraby, potwory morskie oraz łódki – które również są plastikowe. Wszystko robi wrażenie, szczególnie na małych graczach. W przypadku nowej wersji płytki terenu są tekturowe, a pozostałe elementy drewniane. Zerkając tylko na grafikę, otrzymujemy jasny komunikat, że to nie jest już gra skierowana głównie do dzieci, ale przede wszystkim przygodowa gra rodzinna. Wprowadzono też zmiany w zasadach. Tu również wyspa kurczy się, a symbole znajdujące się pod płytkami oznaczają akcje, które należy wykonać. Różnica polega jednak na tym, że nie wszystkie akcje trzeba wykonać od razu. Są bowiem również płytki, które możemy zachować na „później”. Dzięki temu gra nabiera rumieńców. W wersji „Escape…” wygrywa osoba, która uratowała największą ilość pionków. W Survive nie liczy się ilość pionków, ale ich wartość. Każdy „odkrywca” ma od spodu zaznaczoną wartość punktów. Wygrywa osoba z największą ich ilością.

Dawno się tak nie uśmiałam, ani nie „powyżywałam” na innych graczach. Nie dość, że trzeba kombinować, jak uratować swoich, to jeszcze trzeba kierować w stronę przeciwników potwory, rekiny, czy wieloryby. Dzięki możliwości zostawienia na później płytek akcji gra staje się odrobinę nieprzewidywalna (nie wiemy, co mają przeciwnicy), ale z drugiej strony nie jesteśmy ślepo zdani na los, tylko możemy ich użyć w dowolnym momencie. W tak prostej grze jest naprawdę sporo emocji.

Drugą grą była iKNOW. Na początku, podobnie jak inni, bałam się „kompromitacji”, a właściwie tego, że wyjdę na „blondynkę”. Na szczęście pytania i podpowiedzi są tak skonstruowane, że nawet nie znając odpowiedzi nikt nie czuje się pokrzywdzonym. W dodatku na pytanie odpowiadamy według ustalonej wcześniej kolejności. Jeżeli jesteśmy więc na końcu, możemy się posiłkować wiedzą innych. Ciekawym motywem jest też obstawianie tego, czy ktoś zgadnie odpowiedź. Pytań jest naprawdę sporo, a są one tak różnorodne, że każdy sobie z nimi poradzi. Byłam naprawdę miło zaskoczona.

Niestety, tym sposobem, po jednym wieczorze na moim „radarze” pojawiły się dwie kolejne gry.