Planszówki w kuchni – kuchnia w planszówkach cz.1

Są osoby, dla których każda gra stanowi świętość i w trakcie rozgrywki nie można jeść, pić, a najlepiej, gdyby panowały sterylne warunki. Są też osoby, które uważają, że z grami, jak z książkami: nie powinny stać na półce, powinny posiadać ślady użytkowania. Wtedy wiadomo, że książka (a w tym przypadku gra) spełnia swoją rolę. Ja jestem pośrodku. Jestem estetką, a więc nie lubię, gdy gra jest przybrudzona, ma zdarte rogi, a karty są pogięte. Uważam jednak, że gra ma sprawiać przyjemność i można sobie zrobić przerwę na jedzenie. Natomiast w trakcie można sięgać po jakieś małe przekąski (oczywiście nie „tłuste” chipsy) oraz spożywać napoje. Stąd też narodziła się w gronie naszych znajomych tradycja umawiania się na ucztę kulinarną i planszówkową.

Chciałabym w tym cyklu wspominać o grach, które nawiązują do jedzenia oraz do gotowania. Chciałabym też pisać o tym, co można przygotować na takie spotkanie planszówkowe. Na początek coś na czasie: czyli szparagi. Wprawdzie sezon powoli przemija, ale jeszcze w niektórych sklepach można je zakupić. Na naszym ostatnim spotkaniu, podczas którego mieliśmy testować gry, akurat one odegrały pierwsze skrzypce. Zostały podane w wersji zapiekanej z sosem holenderskim oraz z potartym serem. Do tego ziemniaczki z koperkiem oraz pyszne udka. Wracając do szparagów, nasza gospodyni zdradziła nam, że nie stosuje się do zasad gotowania szparagów (powinny być gotowane pionowo itd.). Obiera je, kroi na pół, gotuje z dodatkiem soli, cukru i masła. Wyszły smakowicie. Do tego domowej roboty lemoniada. Było też białe wino (do szparagów), koktajl jagodowy (jagody zebrane przez mojego tatę w lesie – za co bardzo dziękuję) oraz babeczki z budyniem, śmietaną i owocami. Krótko mówiąc pycha.

Najpierw zjedliśmy danie główne. Potem zagraliśmy w pierwszy zaplanowany na wieczór tytuł. Budowaliśmy planetę dla „Małego księcia”. Już po raz kolejny ta gra gościła na naszym stole. Jesteśmy pod wrażeniem, że tak prosta planszówka, może sprawiać tyle frajdy. Oczywiście w naszym gronie znalazł się rodzynek, który podkradał płytki i robił nam na złość. Sprawdziłam już tę grę zarówno wśród dzieci, jak i wśród „początkujących” graczy i ani razu nie zawiodłam się. Z czystym sumieniem mogę polecić tę grę jako tytuł do wciągania nowych osób w świat gier.

Po deserze i przerwie na kawę sięgnęliśmy po następną grę. Tym razem byli to „Piraci. Karaibska flota”. Graliśmy w tę planszówkę po pierwszy raz i od razu bardzo spodobała nam się grafika. Śliczne, można nawet powiedzieć „bajkowe”, rysunki. Grało się całkiem przyjemnie. Bardzo szybko opanowaliśmy poszczególne funkcje kart specjalnych.

Na stole pojawiła się też gra ZnajZnak. Młodzież nie wykazała wielkiego zainteresowania. Pokolenie, które jednak pamięta czasy PRL-u (choć gra oczywiście obejmuje też wcześniejszy okres), chętnie przypominało sobie poszczególne symbole i trochę czasu spędziliśmy przy tej grze. Oczywiście cały czas towarzyszyła nam lemionada, która ostudzała emocje rozbudzone w trakcie rozgrywki.Wprawdzie spotkanie było krótkie, jednak miło spędzone. Dziękujemy naszej „gospodyni” za poświęcenie czasu i przygotowanie uczty. Wszystko wyszło smakowicie. Sami powiedzcie – gry wymagają specjalnej oprawy i taką nam właśnie zapewniono.

Zdjęcie: www.demotywatory.pl

  • jaroslawczajaZnadPlanszy

    Aż się głodny zrobiłem. Połączenie planszówek z pysznym jedzieniem… mmm, raj na Ziemii. Tylko tytuły bym inne dobrał 😉

  • kwiatosz

    Dobre połączenia to np. Furstenfeld z piwem. Albo Goldbrau z piwem. Albo Time’s Up, też z piwem. Generalnie nawet podstawki pod piwo wyglądają jak kartoniki z gier (Hi Superfarmer), więc jakoś to się samo narzuca. A czasem po prostu nie ma czasu na dobrą planszówkę, wtedy piwo przenosi nas w ten cudowny czas dobrej partii ze znajomymi. I już nie trzeba planszówki, bo jej nawet nigdy nie było. Tylko mróz i zgrabiałe od puszki palce…